Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shea butter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shea butter. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2020

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 9 - ZIELONE LABORATORIUM OD TOPESTETIC

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 9 - ZIELONE LABORATORIUM OD TOPESTETIC
    No i mamy MAJ i majówkę! Nie wiem jak to się stało i kiedy ten czas minął. Cała ta pandemia zaburza mi poczucie czasu. ALE! Nie marudzę, bo nie jestem typem marudy. Wiosna jest piękna, pogoda coraz lepsza i znowu można się wybrać na spacer do lasu lub na plażę ;) Da się żyć ;)

    Z ciekawostek pod tytułem "co u mnie słychać" to 30 kwietnia kolejny raz zostałam ciocią! Moja siostra urodziła drugiego synka i trochę żałuję, że w obecnej sytuacji nie mogę jej odwiedzić. Jednak co się odwlecze to nie uciecze. W końcu się zobaczymy i będę mogła osobiście poznać najmłodszego członka rodziny :)

    Dziś mam dla was post kosmetyczny o kolejnych produktach ze sklepu TOPESTETIC :klik: Serdecznie Was zapraszam do dalszej lektury :)

ZIELONE LABORATORIUM :klik:

    To polska marka produkująca ekologiczne, w pełni wegańskie kosmetyki. Produkty tej marki nie zawierają szkodliwych substancji takich jak; SLS, SLES, parabeny, PEG, silikony, sztuczne barwniki czy zapachy. Wszystkie kosmetyki tej marki bazują na naturalnych składnikach, które pozyskiwane są z poszanowaniem środowiska i nie są testowane na zwierzętach. Co więcej, ZIELONE LABORATORIUM wspiera organizacje i fundacje działające na rzecz zwierząt przekazując im część dochodów ze sprzedaży. Ode mnie duży szacunek za to :)

PEELING DO CIAŁA - ROZMARYN I PIETRUSZKA :klik:


    Naturalny, wegański peeling na bazie soli z dodatkiem rozmarynu i pietruszki delikatnie ale skutecznie oczyszcza skórę ciała z martwego naskórka i zanieczyszczeń. Nadaje się do każdego typu skóry, nawet tej najbardziej przesuszonej. Należy jednak pamiętać, by nie stosować peelingu na podrażnienia czy zacięcia po goleniu. Drobinki soli delikatnie masują skórę i pobudzają mikrokrążenie. Bogaty skład ma bardzo szerokie działanie. Sól kłodawska jest źródłem magnezu, potasu, cynku oraz żelaza. Oliwa z oliwek zawiera przeciwutleniacze (wit. A i E) i  świetnie nawilża. Olej słonecznikowy oprócz działania przeciwzapalnego wzmacnia też naturalną barierę ochronną skóry. Zawiera kwasy tłuszczowe, fosfolipidy i witaminę E. Dzięki temu przeciwdziała powstawaniu wolnych rodników i starzeniu się skóry. Rozmaryn łagodzi podrażnienia i działa odmładzająco. Wyciąg z pietruszki zawiera żelazo, magnez, wapń, sód i potas i świetnie radzi sobie z cellulitem. Olejek limetkowy wspomaga detoksykację a olejek lemongrasowy ma działanie odkażające, łagodzące, przeciwalergiczne i przeciwzapalne. 


    Peeling ma lekko zielonkawy kolor i bardzo silny, cytrynowo ziołowy zapach a jego konsystencja jest typowa. Wyczuwalne są drobinki soli oraz widoczne kawałki rozmarynu i pietruszki. W związku z tym, że nie przepadam za pietruszką zapach w pierwszej chwili nie przypadł mi do gustu. Peeling jest dość delikatny ale skuteczny. Można go stosować zarówno na suchą jak i na mokrą skórę. Pierwsze nasze spotkanie niestety było porażką. Przyzwyczajona do klasycznych peelingów cukrowych nabrałam sporą ilość kosmetyku na dłoń i zaczęłam masować skórę nóg. Duża zawartość olejów w składzie poskutkowała grubą, tłustą warstwą na mojej skórze, przez którą miałam problem ze zmyciem z niej resztek soli i ziół. Zapach drażnił mnie w nozdrza więc od razu chwyciłam za żel i zmyłam z siebie kosmetyk. Oczywiście nie poprzestałam na jednej próbie ;) Dałam mu kolejną szansę choć przez zapach stosowałam go tylko i wyłącznie na nogach. Nauczona doświadczeniem przy kolejnych próbach stosowałam już mniejsze ilości kosmetyku. Peeling bardzo dobrze złuszcza naskórek, nie podrażnia skóry za to pięknie ją wygładza. Przy zastosowaniu odpowiedniej ilości kosmetyku naprawdę bardzo fajnie i długotrwale ją nawilża. 
Jednak... kwestia zapachu była dla mnie nie do przejścia. Olejek limetkowy i lemongrasowy nadają mu świeżości, ale moja osobista awersja do pietruszki zrobiła swoje. Stosując peeling na ciepłe i mokre ciało ziołowy zapach stawał się bardziej intensywny co niestety odbierało mi przyjemność z pielęgnacji. 


BALSAM DO CIAŁA Z POMIDOREM I MARCHEWKĄ :klik:



    Lekki balsam do ciała dzięki ekstraktom z pomidora i marchwi wpływa na wyrównanie kolorytu skóry i działa na nią delikatnie brązująco. Aktywny skład pozwala utrzymać odpowiedni poziom nawilżenia i odżywienia skóry. Masło shea nawilża i chroni skórę przed działaniem czynników zewnętrznych a dzięki witaminom A i E działa przeciwstarzeniowo. Masło kakaowe wzmacnia procesy odnowy naskórka i zwiększa odporność i elastyczność skóry zapobiegając rozstępom. Olej marchwiowy dzięki zawartości witamin A, B, C, D, E, H oraz K odpowiada za poprawę i wyrównanie kolorytu skóry. Pomidor spowalnia procesy starzenia i regeneruje naskórek. Erytruloza działa brązująco. Olejek grejpfrutowy dzięki zawartości witaminy C działa tonizująco. Olejek cynamonowy znany jest z właściwości antycellulitowych i ujędrniających. Olejek geraniowy łagodzi stany zapalne, podrażnienia, wspomaga regenerację i działa antyseptycznie. Tocoferol, czyli witamina E wzmacnia i odbudowuje naskórek a także poprawia gospodarkę wodną naskórka  i skóry właściwej co wpływa na jej głębokie nawilżenie.



    Zawsze miałam mieszane uczucia co do balsamów brązujących. Jako nastolatka próbowałam takich kosmetyków ale "opalenizna" zawsze wydawała mi się sztuczna, nierówna i wycierała się w ubrania a skóra brzydko pachniała. Ten balsam mnie jednak pozytywnie zaskoczył. Dzięki lekkiej konsystencji balsam jest bardzo wydajny i dobrze się rozprowadza. Kosmetyk dobrze się wchłania i naprawdę bardzo dobrze i długotrwale nawilża. Dodatkowo zostawia na skórze subtelnie błyszczącą poświatę. To zasługa delikatnych, złocistych drobinek. Są tak małe, że na próżno ich wypatrywać w słoiczku. Lekka opalenizna nie jest widoczna od razu i dzięki temu nie ma obawy, że efekt będzie sztuczny czy przesadzony. Oczywiście nie udało się uniknąć charakterystycznego dla samoopalaczy zapachu. Jest on jednak na tyle delikatny, że jestem w stanie go zaakceptować ;) Jedynym minusem według mnie jest to, że balsam pozostawia na skórze lekki film. Nie jest to lepka, tłusta warstwa a bardziej "tępa".  Skóra po jego użyciu nie jest aksamitna a ubranie na siebie obcisłych dżinsów nie należy do najprzyjemniejszych. Jednak... w czasach pandemii rzadko zakładam na siebie coś innego niż dresy, więc to tylko malutki minus ;) Ogólne wrażenie jest jednak bardzo na plus. Nie zdążyłam się jeszcze opalić słońcem więc opalenizna po kilku dniach była całkiem nieźle widoczna :) Niestety... dopiero po kilku dniach, gdy brązujące działanie balsamu było dobrze widoczne, pomyślałam, że mogłam zrobić dla Was porównanie skóry przed i po :P Wybaczcie



    Mimo, że o kosmetykach Zielonego Laboratorium wiele słyszałam to było to moje pierwsze spotkanie z tą marką. Nie powiem, że było to całkiem udane spotkanie, ze względu na zapach peelingu, jednak nie skreślam tej marki :) Mam nadzieję, że polecicie mi inne kosmetyki z Zielonego Laboratorium :)


    Sklep TOPESTETIC mimo trwającej pandemii dostarcza przesyłki ekspresowo i bez problemów. Niezmiennie w paczce znalazłam sporo próbek :) Sklep dba o klientów więc jeśli jeszcze nie robiliście tam zakupów to szczerze Was zachęcam. Jeśli macie jakieś wątpliwości to dermokonsultanci na pewno odpowiedzą na wszystkie pytania :)


No to powiedzcie... jak Wasza Majówka? :D Jakie plany? ;) dajcie znać jak sobie radzicie :)

piątek, 20 marca 2020

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 6 - L'OCCITANE EN PROVENCE

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 6 - L'OCCITANE EN PROVENCE
    Hej wszystkim! z powodu całego tego zamieszania mam aż nadto czasu i możliwości by przetestować wszystkie kosmetyki, które znalazły się w mojej łazience w ostatnim czasie.

    Nie wiem, czy wy też tak macie ale ja uwielbiam instagramowe konkursy. No normalnie mam na tym punkcie fioła xD Wszyscy się ze mnie śmieją, że znowu coś wrzucam na story, znowu kogoś oznaczam i komentuję. Ale mogą się ze mnie śmiać do woli bo od czasu do czasu uda mi się coś wygrać i wtedy triumfuję :D
Naprawdę dużo się udzielam na instagramie i na moim story praktycznie codziennie pojawiają się relacje i zdjęcia. Więc udostępnienie zdjęcia z rozdaniem na story to dla mnie nic dziwnego ani nowego ;)

    Jak wyglądają konkursy na instagramie? Pewnie większość z Was wie ale dla tych mniej aktywnych instagramowo będzie to na pewno ciekawostka.
W każdym konkursie zasady są podobne i zawsze dokładnie opisane pod postem konkursowym.
Zazwyczaj "regulamin" mówi o kilku podstawowych rzeczach, które trzeba zrobić by wziąć udział w takim rozdaniu:
  • warunkiem koniecznym jest bycie obserwatorem konta organizatora
  • kolejnym warunkiem jest polubienie zdjęcia z grafiką konkursową
  • skomentowanie posta konkursowego oznaczając w nim swoich znajomych w określonej ilości
  • udostępnienie grafiki konkursowej w Insta Story lub jako post na profilu
    Zasady oczywiście mogą się różnić. Czasem wystarczy komentarz z hasłem "biorę udział" a innym razem organizator wymaga kreatywnej odpowiedzi na zadane pytanie. 

    Wychodzę z założenia, że skoro to nic nie kosztuje, to czemu nie spróbować ;)
Oczywiście... nie biorę udziału we wszystkich konkursach jakie znajdę ale tylko w tych, w których nagroda jest dla mnie interesująca :P Najczęściej są to rozdania kosmetyczne ale zdarzają się też inne. Do tej pory udało mi się wygrać kilka rozdań zarówno na fb jak i na insta więc to dowód na to, że się da ;)

    No ale czas na gwiazdy dzisiejszego posta czyli kosmetyki do ciała L'occitane en Provence.
Kosmetyki, o których chciałabym Wam dziś napisać dostałam właśnie w ramach konkursu, który na swoim koncie na instagramie zorganizowała jakiś czas temu Galeria Bałtycka w Gdańsku. 


    Jak sama nazwa wskazuje, marka pochodzi z Francuskiej Prowansji i do wyrobu swoich kosmetyków stosuje wysokiej jakości, naturalne składniki. L'occitane wspiera lokalnych przedsiębiorców i to u nich zaopatruje się w niezbędne surowce. Jedynym wyjątkiem jest masło shea, które marka sprowadza z Burkina Faso. Wspiera tym samym kobiety, które w naturalny, przekazywany z pokolenia na pokolenie sposób produkują ten składnik. Marka prowadzi program, który ma pomagać kobietom z Burkina Faso osiągnąć większą niezależność ekonomiczną.

    Kosmetyki były zapakowane w bardzo ładny żółty kartonik. Niestety zanim zdążyłam mu zrobić zdjęcia P postanowił zrobić sobie z niego podstawkę pod kubek no i cóż... został ślad :P

    Wszystkie trzy produkty pochodzą z linii SHEA BUTTER. W pudełku znalazłam krem do rąk, olejek do mycia ciała i mydło w kostce. Szata graficzna jest bardzo prosta i odrobinę retro. Bez zbędnych ozdobników. Etykiety bardzo mi się podobają, ponieważ zawierają wszystkie najważniejsze informacje i to w dwóch językach. Francuskim i Angielskim. Poza tym, sam kartonik oraz opakowanie olejku posiadają napis alfabetem Braille'a. Nie miałam wcześniej styczności z tą marką więc chętnie przystąpiłam do testów. 

OLEJEK POD PRYSZNIC :klik:


    Zawiera 10% bogatego w lipidy olejku shea. Poza tym olej z nasion winogron, słonecznika i tocopherol. Niestety... na pierwszym miejscu w składzie znajdziemy Tipa-Laureth Sulfate. Jest to substancja myjąca, nieco słabsza od SLS ale jednak. Szkoda, bo olejek pachnie pięknie i nawet nieźle nawilża skórę. Nigdy nie używałam olejku pod prysznic dlatego byłam go bardzo ciekawa. No wiecie... jak coś tak tłustego może umyć ciało. A no może ;) Mało piany (prawie wcale :P ) ale odczucia podczas kąpieli bardzo przyjemne. Nie podrażnia skóry, zmiękcza ją i pielęgnuje. Łatwo się spłukuje więc poza tym TLS w składzie nie mam się do czego przyczepić

KREM DO RĄK :klik:


    Krem z dużą zawartością, bo aż 20% masła shea. Dodatkowo znajdziemy ekstrakt z lnu, miód, prawoślaz, olej kokosowy i słonecznikowy. Masło shea jest na drugim miejscu w składzie zaraz za wodą więc chyba nie kłamali z tymi 20% ;) Nie używam kremów do rąk zbyt często. Kiedy miałam problem z trądzikiem i brałam izotretynoinę to kremy do rąk zużywałam bardzo szybko. Przez leki moja skóra była skrajnie wysuszona. Jak już się uporałam z trądzikiem to kremy do rąk poszły w odstawkę. Sięgam po nie tylko gdy moje dłonie są podrażnione albo mocno wysuszone (np. po sprzątaniu bez rękawiczek :P ). Ale ten krem naprawdę mnie do siebie przekonał. Świetnie się wchłania, pozostawia na dłoniach lekką warstwę ochronną ale na szczęście nie jest ona lepka ani tłusta. Przez zawartość masła shea ma bardzo gęstą konsystencję ale rozpuszcza się pod wpływem ciepła dłoni. Idealnie sprawdza się w roli maski na mocno zniszczone dłonie. Wystarczy nałożyć grubszą warstwę na noc i dłonie są miękkie i nawilżone :) Krem ponadto goi podrażnienia i lekkie zadrapania więc to kolejny plus. Opakowanie 150ml kosztuje prawie 100zł ale uważam, że jest warty swojej ceny. No i pięknie pachnie :)

MYDŁO W KOSTCE :klik:


    W czasach, kiedy wszyscy starają się żyć w duchu less waste, mydła w kostce wróciły do łask ;) Jest to kremowe mydło, które ma oczyszczać ale także zmiękczać i chronić skórę ciała a na koniec otulać ją pięknym zapachem. Nie ma informacji o procentowej zawartości masła shea a w składzie jest na czwartym miejscu. Jest to sodowe mydło z olejami roślinnymi. Nie używałam go jeszcze, ponieważ mam zapas żelu pod prysznic a poza tym, pod prysznicem nie mam półeczki, na której mydło mogłoby bezpiecznie leżeć. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Moja mama bardzo lubi mydła w kostce więc może jej podaruję :)





    Wszystkie te kosmetyki mają bardzo specyficzny zapach, który unosił się zaraz po otwarciu żółtego kartonika. To bardzo przyjemny, intrygujący zapach. Trochę przypomina mi moją babcię, więc określenie "retro" zastosowałabym także do tego zapachu :) 
Zdecydowanie moim ulubieńcem jest krem do rąk






    Czy Wy w obecnej sytuacji też macie czas na przegląd swoich kosmetyków? Ja już zrobiłam porządek i pozbyłam się wszystkich zbędnych opakowań :)
Znacie tę markę i kosmetyki?
Copyright © in progress , Blogger