środa, 27 lipca 2022

TAG: MOJE BLOGOWE SEKRETY

TAG: MOJE BLOGOWE SEKRETY


Siemanko!
    Nie pamiętam kiedy ostatnio wrzucałam taki luźny post. Uznałam jednak, że 3 rocznica bloga, która minęła całkiem niedawno to świetna okazja, by zamieścić tu coś innego niż kosmetyki ;) Zainspirowana postem u Agnieszki Kocie Czytanie postanowiłam zrobić swoją wersję TAG'u :)


Gdyńska marina wczesnym latem <3 Jedno z moich ulubionych miejsc


1. Ile czasu prowadzisz bloga i jak często publikujesz posty?

    Bloga prowadzę już trzy lata a posty pojawiają się raz, dwa razy w miesiącu. Chciałabym dodawać je częściej ale brakuje mi mocy przerobowych :P Czasem zwyczajnie doba jest za krótka :D


2. Ile razy dziennie zaglądasz na bloga i czy robisz to w pierwszej kolejności?

    W zależności od tego, czy dopiero dodałam  post, czy może ma on już kilka dni ta częstotliwość się zmienia :) Staram się jednak przynajmniej raz dziennie zajrzeć. Nie jest to jednak czynność priorytetowa.


3. Czy Twoja rodzina i znajomi wiedzą, że prowadzisz bloga?

    Owszem, najbliższa rodzina i znajomi wiedzą o moim blogu. Nie ukrywam tego specjalnie, bo nie widzę ku temu powodów :) Koleżanki często pytają mnie o radę w kwestiach np. doboru kosmetyków 


4. Posty jakiego typu interesują Cię u innych blogerek?

    W związku z tematyką mojego bloga najbardziej interesującymi postami u innych blogerek są te kosmetyczne i makijażowe. Następne w kolejce są posty kulinarne, bo lubię pichcić a ostatnio także wnętrzarskie. Niebawem zaczynamy remont mieszkania i przeglądam masę treści dotyczących aranżacji przestrzeni w mieszkaniu :D 


5. Czy zazdrościsz czasem blogerkom?

    Hm...Nie. Nie należę do tych zazdrosnych w złym tego słowa znaczeniu. Czasem widząc post z kosmetykami czy marką którą lubię, myślę "ale super! też chciałabym mieć z nimi współpracę/ dostać się na ich listę PR/ itp" ale ma to raczej pozytywny wydźwięk ;)


6. Czy zdarzyło Ci się kupić jakiś kosmetyk tylko po to, by móc go zrecenzować na swoim blogu?

    Raz mi się to zdarzyło, ale koniec końców recenzja w ogóle się nie pojawiła na blogu :P Dlatego nie kupuję już kosmetyków typowo "pod recenzję" :P


7. Czy pod wpływem blogów urodowych kupujesz więcej kosmetyków, a co za tym idzie, wydajesz więcej pieniędzy?


    Chyba nie. Nie jestem zbyt rozrzutna i staram się nie kupować kosmetyków "na zapas". Często i tak je potem rozdawałam lub wyrzucałam, bo traciły ważność. Czasem też boję się, że taki kosmetyk wypatrzony gdzieś na blogach może się u mnie zwyczajnie nie sprawdzić, a nie lubię wydawać kasy na buble :P


8. Co blogowanie zmieniło w Twoim życiu?


    Blogowanie na pewno wpłynęło na poprawę mojej świadomości względem potrzeb mojej skory a także kosmetyków i ich składów. Wiem, co służy mojej skórze, co mogłoby się sprawdzić w pielęgnacji włosów a co zupełnie odpada. W ogóle stan mojej skóry znacząco się poprawił, od kiedy zaczęłam prowadzić bloga i bardziej świadomie używać kosmetyków :)


9. Skąd czerpiesz pomysły na nowe posty?


    Większość postów dotyczy współprac, więc tutaj pomysły przychodzą same. Dodając posty fotomodelingowe staram się przekazać ciekawostki z fotograficznego półświatka, co bezpośrednio wynika z moich osobistych doświadczeń :) Czasem też podpatrzę coś ciekawego na innych blogach, jak np. ten dzisiejszy TAG :D


10. Czy miałaś kiedyś kryzys w prowadzeniu bloga tak, że chciałaś go usunąć?

    Jeszcze nie, ale wynika to pewnie z mojej dość krótkiej blogowej historii :) Mam jednak nadzieję, że taki kryzys nigdy nie nadejdzie :D Jeżeli mam przerwy w publikowaniu to wynikają one tylko i wyłącznie z braku czasu.


11. Masz jakieś rady dla początkujących blogerek?

    Na pewno się nie poddawać, nie zrażać i robić swoje. Ale z drugiej strony też nie zamykać się na nowe pomysły czy sugestie. Ja na przykład swój pierwszy szablon przerobiłam "po swojemu" i dopiero gdy wzięłam udział w audycie okazało się ilu rzeczy nie przemyślałam. Także twórzcie, ale też czytajcie, pytajcie i szukajcie odpowiedzi u bardziej doświadczonych :)


12. Kto robi Ci zdjęcia na bloga?

    Zdjęcia na bloga robię sama. Wcześniej telefonem, aktualnie lustrzanką Nikon D7200. Mimo, że w obecnym telefonie (iPhone 13) aparat ma świetne parametry, to jakoś przyzwyczaiłam się do mojej lustrzanki. Jestem w stanie uzyskać fajniejsze rozmycie i więcej głębi. Poza tym to też taki swojego rodzaju rytuał, któremu lubię się oddawać. Zaplanowanie i znalezienie dodatków, ustawienie "planu zdjęciowego" a potem już samo robienie zdjęć jest dla mnie bardzo satysfakcjonujące. 


13. Co najbardziej denerwuje Cię w blogach innych dziewczyn?

    Prawdę mówiąc nie ma takiej rzeczy. Może mi się coś nie podobać, czy przeszkadzać, ale dopóki nie jest to mój blog to raczej ignoruję takie rzeczy. Nie skupiam się na błędach, źle wykadrowanych zdjęciach itp, zostawiam komentarz (lub nie) i idę dalej :P Nie jest moją rolą moralizowanie, pouczanie czy poprawianie kogokolwiek na jego własnej przestrzeni :) Najgorszy typ to ten, który daje rady o które nikt nie prosił...


14. Ile zajmuje Ci przygotowanie posta?

    Czas przygotowania posta różni się w zależności od jego tematyki. Recenzja kosmetyku zawsze poprzedzona przynajmniej dwutygodniowym testowaniem w różnych kombinacjach. Potem zdjęcia, nad którymi spędzam kilka godzin. Aranżacja, zdjęcia, retusz no i sprzątanie. To wszystko potrzebuje czasu, szczególnie jak nie mam weny a nie lubię dodawać "byle jakich" zdjęć :D To taka moja zmora. Samo pisanie i edycja tekstu nie jest już czasochłonne. Posty zdjęciowo modelingowe to dość szybka akcja, bo jeśli mam temat to w zasadzie samo się pisze. 


15. Jak przerabiasz zdjęcia?

    Do przerabiania zdjęć używam Lightroom'a. Najczęściej posługuję się gotowymi presetami i dopasowuje je do własnych potrzeb kilkoma podstawowymi suwakami. Żadnej zaawansowanej obróbki ;) Nie jestem w tym temacie specjalistką, więc robię to trochę "na czuja" i według własnych upodobań.


16. Czy nadal uważasz swoje fotografie za amatorskie?

    Zdecydowanie tak :P staram się podpatrywać techniki fotografii ale to wciąż jest czysta amatorka :D Sprawia mi to jednak ogromną frajdę więc się nie zniechęcam :D Wciąż szukam inspiracji, gromadzę dekoracje i akcesoria, które urozmaicą moje zdjęcia i ułatwią ich wykonywanie :)




    Nie mogę uwierzyć, że to już 3 lata :D Blogowanie to świetna przygoda i znalazłam tutaj niesamowicie inspirującą społeczność :) Dziękuję Wam za wszystkie odwiedziny i komentarze. Naprawdę cieszę się, że mogę razem z Wami tworzyć blogosferę :) 










czwartek, 30 czerwca 2022

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 28 - LAJUU OD TOPESTETIC

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 28 - LAJUU  OD TOPESTETIC
    W końcu mamy lato!
Choć z początku kapryśne, rozkręciło się na dobre! Nic nie cieszy mnie tak bardzo, jak długi dzień i słońce wpadające przez okna od rana do samego wieczora. Uwielbiam ten moment powrotu z pracy, kiedy mogę się położyć na chwilę na kanapie i wygrzać się w słońcu, które pada przez balkon wprost na nią <3 Nie mówiąc o długich spacerach czy przesiadywaniu na plaży, co uwielbiam! <3 




    A jak już mowa o lecie i o tym, że śmiało można zakładać lekkie sukienki, to zapraszam Was na recenzję dwóch produktów, które na tę okoliczność świetnie się sprawdzą. Jeden do twarzy, a drugi do ciała. Oba pochodzą ze sklepu TOPESTETIC. Ciekawi? No to zapraszam :)



LAJUU :klik:

    To polska marka współtworzona przez Weronikę Rosati. Cała marka, jak i jej kosmetyki inspirowane są słoneczną Kalifornią. Lajuu w każdym swoim produkcie oferuje jej namiastkę, co pozwala choć odrobinę wczuć się w ten cudowny klimat. Co charakteryzuje markę LAJUU? Bogata w minerały i witaminy woda kokosowa, która jest bazą wszystkich produktów, składniki zaczerpnięte z bogatej i nieco egzotycznej natury Kalifornii a także zapachy, które rozpieszczają zmysły i uzależniają.
Marka w swojej działalności kieruje się dbałością o naturę i jej mieszkańców. Kosmetyki, ani żadne składniki wykorzystane do ich produkcji nie są testowane na zwierzętach. Ponadto produkty marki Lajuu są wegańskie, co potwierdza certyfikat fundacji Viva!




FACE CREAM DAY&NIGHT :klik:

    Stworzony dla potrzeb skóry delikatnej, odwodnionej i pozbawionej blasku. Ten krem działa antyoksydacyjnie, liftingująco i może być stosowany zarówno na dzień, jak i na noc. 95% składu tego kosmetyku to składniki naturalne i wegańskie. Wśród nich znajdziemy wiele ciekawych ekstraktów i olejków takich jak na przykład olej jojoba i olej z baobabu, który odżywia, regeneruje i intensywnie nawilża; olej z róży piżmowej, który jest bogaty w witaminy A i E; witamina C w stabilnej formie;  działający wygładzająco niacynamid; olej z krokosza barwierskiego, który koi podrażnienia; olej ze słodkich migdałów; sok ze świeżych liści aloesu; olej z nasion marakui, który jest bogatym źródłem NNKT, wyciąg z opuncji figowej, ksylitol czyli cukier brzozowy, który wzmacnia i nawilża skórę; Koenzym Q10, który ma bardzo silne działanie przeciwstarzeniowe; tokoferol oraz olej z nasion słonecznika.
    Poza wspomnianymi wyżej składnikami, producent wyróżnia kilka dodatkowych ale bardzo istotnych  dla kosmetyku elementów: komórki macierzyste z borówki brusznicy, ekstrakt z traganka, biomimetyczny peptyd, woda kokosowa, macerat z opuncji figowej a także ekstrakt z drzewa tara oraz z czerwonych alg. Krem został wzbogacony o aromaty zapachowe neroli i świeżej róży.




    Muszę powiedzieć, że urzekło mnie opakowanie i etykieta tego kremu. Kolor przywołujący lato zdobiony złotymi drobinkami świetnie zgrywa się z zapachem zamkniętego w słoiczku kremu. Doskonale czuć zapach neroli, wyczuwam także lekkie nuty brzoskwini oraz różę. Konsystencja tego kremu nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie leje się, ale też nie jest zbita, dzięki czemu łatwo i lekko się rozprowadza. Dodatkowo jest bardzo wydajny. Choć na wchłonięcie potrzebuje malutkiej chwili, to po wchłonięciu pozostawia skórę aksamitną, lekko napiętą i zmatowioną a jednocześnie nawilżoną. Dla mnie to bardzo nietypowe odczucia, ale bardzo przyjemne. Skóra jest miękka i nawilżona ale nie świeci się, tylko jest lekko matowa. Bardzo mi się ten efekt podoba. Co do świecenia... zawartość miki sprawia, że skóra jest rozpromieniona. Ale nie ma tej miki aż tyle, żeby cała twarz rozbłyskała milionami drobinek. To raczej bardzo subtelny efekt, który sama zauważyłam dopiero po kilku dniach stosowania. Krem na dzień i na noc od LAJUU świetnie współgra z makijażem. Choć latem rzadko nakładam na twarz coś więcej niż korektor pod oczy i puder mineralny, to testowo zrobiłam sobie kilka razy full makeup. Podkład się nie ślizga, nie zjeżdża a skóra się nie poci. Nie zauważyłam żadnych podrażnień czy wyprysków. Jestem bardzo zadowolona z działania tego kremu i jeśli szukacie czegoś lekkiego, ale nawilżającego, to ten krem spełni wasze oczekiwania. 




BODY SELF TANNER :klik:

    Ten balsam do ciała o właściwościach samoopalacza sprawdzi się w pielęgnacji skóry każdego rodzaju. Działa nawilżająco, odżywiająco a także pozwala uzyskać efekt skóry muśniętej słońcem. 95% zawartości balsamu to składniki pochodzenia naturalnego a spośród nich możemy wyróżnić: wodę kokosową, która pielęgnuje i poprawia wygląd skóry; nawilżający kompleks ksylitolu i kwasu hialuronowego; olej oraz estry jojoba, które wzmacniają i "uszczelniają" skórę; oleje z marchwi, marakui oraz makadamia wnikając w głębiej położone warstwy skóry intensywnie ją nawilżają i regenerują; tokoferol; olej ze słodkich migdałów; ekstrakt z buraka, który działa antyoksydacyjnie tak samo, jak  ekstrakt z zielonej herbaty. Substancją opalającą jest tu DHA czyli dihydroksyaceton.
    Przed pierwszą aplikacją zaleca się wykonanie dokładnego peelingu ciała oraz nawilżenie skłonnych do przesuszenia partii skóry, jak kolana czy łokcie. Balsam należy nakładać w niewielkiej ilości, dokładnie wmasowując okrężnymi ruchami, po czym umyć dłonie. Bezpośrednio po nałożeniu balsamu nie należy zakładać ubrania, by uniknąć plam czy nierównomiernej opalenizny. Efekt pojawi się po około 5-8 godzinach a do tego czasu powinno się unikać kontaktu skóry z wodą.




    Uwielbiam ten balsam! Pięknie pachnie, ma rozkoszny kolor i przyjemną konsystencję. Łatwo się rozprowadza i bardzo dobrze nawilża i napina skórę. Opalenizna, jeśli nie nałożycie zbyt dużej ilości balsamu, jest delikatna i wygląda naturalnie, a stopień opalenia skóry można łatwo budować.
Czy przy pierwszej aplikacji popełniłam wszystkie możliwe błędy? Mooooże? :P no dobra, może nie wszystkie. Na pewno nałożyłam zbyt dużą ilość balsamu, gdyż nie spodziewałam się tak lekkiej formuły. Balsam samoopalający, choć wygląda jak gęste masełko, jest przyjemnym, lekkim produktem. I chociaż nie zapomniałam o szczotkowaniu ciała, to oczywiście nie uniknęłam plam na skórze. Nic straconego, bo mogłam obserwować w jaki sposób opalenizna "znika" i tutaj też się nie zawiodłam. Opalenizna schodzi bardzo równomiernie. Przy drugiej aplikacji byłam mądrzejsza i mniejsza ilość balsamu uchroniła mnie od plam czy smug. Dużo dokładniej też wmasowałam produkt w skórę i po 10 minutach położyłam się spać. Ku mojemu zaskoczeniu, nie zauważyłam marchewkowych plam na pościeli. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że mimo DHA w składzie skóra nie śmierdzi "spaloną kaczką" :P za co wielki plus. Poniżej możecie zobaczyć efekt przed i po. W tym przypadku była to dwukrotna aplikacja małej ilości balsamu samoopalającego. Sami widzicie, że efekt nie jest przerysowany. Żałuję tylko, że w składzie balsamu nie ma tej odrobiny miki, bo uwielbiam takie błyszczące balsamy :D 




Marka LAJUU to była dla mnie zdecydowana nowość. Jestem jednak bardzo pozytywnie zaskoczona tym pierwszym spotkaniem, gdyż zarówno krem jak i balsam do ciała, są produktami wysokiej jakości. Bardzo ładna szata graficzna, która przywołuje kalifornijski klimat. A słoiczki z ciemnego szkła na pewno wykorzystam ponownie ;)




Jeśli natomiast chodzi o sklep TOPESTETIC, to obsługa jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Logowana szczotka do ciała była idealnym gratisem to kosmetyków, gdyż mogłam jej użyć przed nałożeniem balsamu do ciała. Nie zabrakło oczywiście próbek ;)






Czy marka LAJUU to nowość też dla Was? A może już gdzieś się z nią spotkaliście? 
A jak plany na lato? :) 




środa, 18 maja 2022

NOWOŚCI KOSMETYCZNE - START MY DAY OD NATURE QUEEN (+kod zniżkowy!)

NOWOŚCI KOSMETYCZNE - START MY DAY OD NATURE QUEEN (+kod zniżkowy!)

Cześć Wam!
    Jak już może pamiętacie, od jakiegoś czasu jestem ambasadorką marki Nature Queen.
Marka ostatnio dość prężnie się rozwija i co chwila wypuszcza nowe kosmetyki. Dziś przedstawię Wam najświeższy produkt z oferty marki NQ, jakim jest pianka do mycia twarzy.




START MY DAY :klik:

    Delikatna pianka o kremowej konsystencji świetnie sprawdzi się w codziennej pielęgnacji skóry twarzy, szyi i dekoltu. Dzięki zawartym w składzie ekstraktom, oprócz oczyszczania, ma działać ujędrniająco, nawilżająco a również rozjaśniająco. Bazą pianki jest woda i gliceryna. Oprócz nich w składzie możemy znaleźć także: kwas hialluronowy, który zadba o nawilżenie skóry; pantenol, który ukoi wszelkie podrażnienia i niedoskonałości; kofeinę, która pobudzi naszą skórę; wyciąg z korzenia żeń-szenia, który ją zregeneruje i odmłodzi oraz kwas cytrynowy, który delikatnie rozjaśni przebarwienia. 




    Pianka START MY DAY została umieszczona w praktycznym i wygodnym opakowaniu z pompką, dzięki której wydozujemy odpowiednią ilość kosmetyku. Pianka jest na tyle wydajna, że wystarczy już jedna porcja, by oczyścić skórę całej twarzy. Produkt delikatnie oczyszcza skórę nie powodując podrażnień ani nie wysuszając skóry. Wszelkie niedoskonałości goją się dużo szybciej, co jest zbawieniem, gdyż szczególnie przed okresem zdarzają mi się wypryski. Cytrusowy zapach świetnie pobudza o poranku, pomaga orzeźwić skórę i relaksuje wieczorem. Wrażliwcy również będą usatysfakcjonowani działaniem pianki START MY DAY, gdyż jest ona naprawdę delikatna - sprawdzone na moim P ;)







Jeśli nie znacie jeszcze kosmetyków marki NATURE QUEEN to serdecznie zapraszam Was do odwiedzenia sklepu internetowego marki :klik: Jestem pewna, że znajdziecie tam coś dla siebie :)





Do 21.05.2022 z kodem mamykochamy macie -30% na WSZYSTKO z okazji zbliżającego się Dnia Mamy :)
A do każdego zamówienia powyżej 150 zł bawełniana torba GRATIS! <3 



a Wy? Jakiej konsystencji kosmetyków do mycia twarzy używacie najczęściej? Żelu, pianki a może pasty? Dajcie koniecznie znać w komentarzu :)




POPRZEDNI POST Z TEJ SERIIKOSMETYCZNE RECENZJE PART 27 - NOWOŚCI NATURE QUEEN

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

PIELĘGNACJA WŁOSÓW PART 4 - PHYTO OD TOPESTETIC

PIELĘGNACJA WŁOSÓW PART 4 - PHYTO OD TOPESTETIC
Święta, Święta i po Świętach ;)
    Zbliża się koniec kwietnia i sama nie wiem jak to się stało, że za moment będzie majówka ;) Mimo wszystko jestem zadowolona, bo pogoda się poprawia a i nastroje dopisują :) No i czego chcieć więcej?


Dzisiaj chciałabym przedstawić ciekawe trio marki PHYTO więc zapraszam Was do czytania :)






    Markę PHYTO poznałam już jakiś czas temu przy okazji testowania wcierki do skóry głowy, z którą bardzo się polubiłam. A post o niej możecie przeczytać :tutaj: Zarówno wcierkę, jak i kosmetyki z dzisiejszej recenzji poznałam dzięki współpracy ze sklepem TOPESTETIC





PHYTOPROGENIUM :klik:

    Ten ultra-delikatny szampon polecany jest do każdego typu włosów. Dzięki dobroczynnym prebiotykom chroni i pielęgnuję skórę głowy przywracając jej równowagę. Wyciąg oraz proteiny owsa zmiękczają włosy, wzmacniają cebulki i stymulują wzrost włosów. Do tego wykazują działanie przeciwłupieżowe oraz przeciwłojotokowe. Świetnie więc sprawdzą się w przypadku nadmiernie przetłuszczającej się skóry głowy. Pantenol koi podrażnienia a wywar z malwy tonizuje i odżywia. W składzie znajdziemy również tokoferol (wit. E), kwas cytrynowy, lecytynę oraz pochodną witaminy C. Nie znajdziemy tu jednak SLS, więc szampon nie powoduje podrażnień i suchości włosów czy skóry głowy.
    Szampon nakładamy w niewielkiej ilości, rozpieniamy i spłukujemy letnią wodą. Mycie warto powtórzyć a pianę zostawić na około 2 minuty pozwalając wszystkim składnikom aktywnym działać.




    Szampon ma jak dla mnie proste, aczkolwiek kluczowe zadanie. Oczyszczać włosy i skórę głowy ze wszystkiego, co mogło się na nich nagromadzić od ostatniego mycia, łącznie z odżywkami, stylizatorami czy olejkami. Szampon Phytoprogenium to zadanie spełnia bardzo przyzwoicie. Choć przez brak SLS pieni się nieco gorzej, to i tak świetnie domywa to, co domywać powinien. Wprawdzie odrobinę plącze włosy podczas mycia, ale nie jest to problemem, gdy zaraz po tym nakładam maskę lub odżywkę. Włosy po użyciu szamponu są miękkie, delikatne, sypkie i odbite od nasady. Zanim zaczęłam stosować ten szampon miewałam problemy ze skórą głowy, ostatnimi czasy dokuczał mi łupież, czasem podrażnienie skóry głowy oraz swędzenie. Jednak od kiedy regularnie używam szamponu Phytoprogenium wspomniane problemy całkowicie zniknęły. Szampon dobrze się spłukuje, przyjemnie pachnie i ma wygodne opakowanie opatrzone minimalistyczną etykietą. Przyznam też, że włosy nieco mi się "rozbujały" i momentami nie mogę ogarnąć ilości baby hair na mojej głowie :P Cieszy mnie to ogromnie, bo jesienią i zimą włosy mocno mi wypadały. 


PHYTOJOBA :klik:


    Przeznaczona do włosów suchych maska o kremowej konsystencji ma za zadanie przywrócić włosom lekkość, miękkość i blask. Efekt nawilżenia bez obciążenia oraz lekkość i elastyczność włosów jest natychmiastowy o długotrwały. Olej jojoba nadaje włosom blasku, wzmacnia, zapobiega rozdwajaniu i puszeniu się włosów. Hydrolizowane proteiny gruchu działają antystatycznie. Wyciąg z malwy zatrzymuje wilgoć wewnątrz włosa. Maskę zaleca się stosować po każdym myciu i pozostawić na całej długości włosów od 2 do 10 minut.




    Maska Phytojoba ma bardzo przyjemną konsystencję, łatwo się rozprowadza i jednocześnie nie spływa sama z włosów. Świetnie wygładza i nawilża włosy i co ważne, nie powoduje tak znienawidzonego przeze mnie "przyklapu". A co poplącze szampon Phytoprogenium to maska rozplącze więc sprawia to, że to naprawdę zgrany duet. Mój PRO TIP na ten etap pielęgnacji to rozczesywanie włosów grzebieniem z szerokimi zębami gdy maska jest jeszcze na włosach. Pozwoli to wczesać i rozprowadzić maskę równomiernie na wszystkich warstwach włosów i jednocześnie uniknąć szarpania włosów po spłukaniu i odciśnięciu włosów. Przy moich kręconych włosach ta metoda świetnie się sprawdza, odżywka czy maska dociera wszędzie a  włosy mniej się łamią. Jedynym minusem tego produktu jest jego opakowanie. Metalowa tuba jest bardzo niepraktyczna, łatwo się zagina i dziurawi, wyślizguje się i ciężko wydobyć z niej produkt mokrymi dłońmi. Ta kanciasta zakrętka to dosłownie zło wcielone. Zakręcić tą śliską tubkę tą małą zakrętką gdy dłonie masz mokre a nawet uciapane maską czy szamponem graniczy z cudem. I przyznam, że to niewygodne opakowanie bardzo mnie zniechęca do ponownego zakupu tej maski, nie zważając na jej działanie. 



PHYTOAPAISANT :klik:


    To łagodzące serum przeznaczone jest do stosowania na podrażnioną skórę głowy, której dokucza świąd. Jest to produkt, który nakładamy punktowo, w niewielkiej ilości wprost na swędzącą skórę głowy i rozmasowując pozostawiamy do wchłonięcia. Żeby produkt mógł działać zgodnie ze swoim przeznaczeniem nie spłukujemy serum aż do kolejnego mycia. W składzie znajdziemy pantenol, mocznik, serynę oraz tokoferol. Poza tym także: wyciąg z głożyny, który niweluje dyskomfort, wywar z mydlnicy wzmacnia barierę lipidową, hialuronian sodu intensywnie nawilża oraz olej kamelinowy, któy koi podrażnienia i łagodzi uczucie swędzenia. 




    Jak już wcześniej pisałam, ostatnio miałam problemy ze skórą głowy i często dokuczało mi uczucie swędzenia. Mimo wielu prób delikatnego pozbycia się problemu nic mi nie pomagało, dlatego też dość sceptycznie podeszłam do tego produktu. Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, dlatego chwytałam się wszelkich sposobów, dlaczego więc nie dać szansy czemuś nowemu? Serum Phytoapaisant o żelowej konsystencji i z bardzo precyzyjnym aplikatorem jest właściwie bezzapachowe i bardzo łatwo się stosuje. Wystarczyło wycisnąć kroplę lub dwie bezpośrednio na swędzącą skórę. Czy skóra przestawała swędzieć? Może nie od razu i nie całkowicie, ale tak. Niemal natychmiast po zaaplikowaniu serum dyskomfort swędzącej skóry znacząco się zmniejszył, co było dla mnie dużym i miłym zaskoczeniem. Przy regularnym stosowaniu stan mojej skóry głowy znacznie się poprawił. Myślę, że to zasługa zarówno serum Phytoapaisant, jak i szamponu Phytoprogenium.  Faktem. który warto podkreślić jest to, że serum absolutnie w żaden sposób nie wpływa na przetłuszczenie czy sklejanie włosów. Po wchłonięciu serum w zasadzie w ogóle nie byłam w stanie wyczuć, gdzie je nałożyłam. To naprawdę świetny produkt, który jest ratunkiem dla podrażnionej skóry głowy a który nie wymaga specjalnych "narzędzi" czy "rytuałów". Jest mega prosty w zastosowaniu i działa niemal błyskawicznie. Ja to kupuje, to ze mną zostaje na dłużej i to polecam z czystym sumieniem. 




    To było kolejne, miłe i owocne spotkanie z marką PHYTO. Lubię kosmetyki, których działanie jest namacalne, bo mogę je z czystym sumieniem polecać :) Tak samo polecam zakupy w sklepie TOPESTETIC bo zarówno asortyment, jak i obsługa sklepu są na najwyższym poziomie. Wystarczyło, że opisałam aktualny stan moich włosów oraz skóry głowy, a Pani Kosmetolog dobrała odpowiednie kosmetyki, by poprawić ich kondycję. Muszę powiedzieć, że to był strzał w 10. Jako gratis do przesyłki otrzymałam szczotkę do włosów w stylu słynnego TT, która świetnie sprawdza się do wczesywania odżywki. Oczywiście nie mogło zabraknąć próbek ;)





Który kosmetyk z tego TRIO najbardziej Was zainteresował? Znaliście wcześniej tę markę? Dajcie koniecznie znać w komentarzu :)


POPRZEDNI POST Z TEJ SERII: PIELĘGNACJA WŁOSÓW PART 3 - ARGANICARE OD TOPESTETIC


poniedziałek, 28 marca 2022

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 27 - NOWOŚCI NATURE QUEEN

KOSMETYCZNE RECENZJE PART 27 - NOWOŚCI NATURE QUEEN

Czołem kochani!
    Jak spędzacie pierwsze dni wiosny? Jak Wasze samopoczucie? Ja się w końcu wygrzebałam z ciągnącego się od trzech tygodni przeziębienia i z kopyta wracam na siłkę. Nie ma czasu do stracenia! Ostatnie słoneczne dni dają mi mega kopa, mam ochotę działać! Dawno się tak nie czułam, więc tym bardziej chcę to wykorzystać ;)




Jakiś czas temu dołączyłam do grona ambasadorek marki NATURE QUEEN, o czym wspominałam już niedawno na insta stories, a relacja jest wciąż dostępna w zapisanych. Dzięki temu mam okazję testować nowe produkty marki i dzielić się swoimi wrażeniami na ich temat. I w dzisiejszym wpisie chciałabym Wam przedstawić dwa nowe kosmetyki, które pojawiły się niedawno w ofercie marki.


KOFEINOWE SERUM POD OCZY :klik:


    Jedną z pierwszych nowości marki Nature Queen jest serum pod oczy. Jest to kosmetyk skierowany do osób, które szukają nawilżenia, napięcia i wygładzenia skóry w okolicy oka. Może być stosowany zarówno na dolną jak i górną powiekę, gdyż dobrze współpracuje z makijażem. Skład tego wodnego serum został wzbogacony o wyciąg z zielonej herbaty, estry oleju z pestek moreli, który odżywia, zmiękcza i poprawia kondycję skóry. Kofeina pobudza mikrokrążenie i niweluje worki i cienie wokół oczu, ekstrakt z wina działa na zmarszczki, wyciąg z wąkrotki azjatyckiej łagodzi, koi i działa przeciwzapalnie a ekstrakt z kakaowca odżywia i napina skórę.




    Konsystencja serum jest średnio gęsta i dość wodnista. Mimo mlecznego koloru nie bieli skóry i szybko się wchłania. Formuła serum sprawia, że jest ono mega wydajne i na całą okolicę oka wystarczy już niewielka kropelka. Kofeinowe serum pod oczy Nature Queen świetnie sprawdza się pod makijaż, nic się na nim nie roluje, nie spływa ani nie gromadzi w załamaniu powieki. Zapach jest bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny. Kosmetyk nie podrażnia skóry, nie powoduje łzawienia czy zaczerwienienia w obrębie oka. 


    Od jakiegoś czasu chciałam skusić się na kosmetyk właśnie z kofeiną w składzie. Jeśli odwiedzacie mnie czasem na insta, gdzie często pojawiam się bez makijażu, mogliście zauważyć brązowe cienie wokół oczu. Taka moja uroda, odziedziczyłam to w genach, jednak wciąż szukam kosmetyku, który będzie w stanie choć w pewnym stopniu je zniwelować. Często też zdarza mi się też budzić z lekko opuchniętymi powiekami. Czy serum kofeinowe sprostało moim wymaganiom? Częściowo na pewno! Poranna opuchlizna dużo szybciej znika po zastosowaniu serum, cienie zaś wydają się niej intensywne, szczególnie na ich krawędziach. Poza tym skóra wokół oczu jest dobrze nawilżona, napięta i odżywiona. Dzięki temu, że serum jest na bazie wody, nie obciąża delikatnej skóry okolic oka. 




INTENSYWNE SERUM LIFTINGUJĄCE :klik:


    Drugą nowością w ofercie jest Intensywne serum liftingujące do pielęgnacji twarzy. Tak samo, jak w przypadku serum pod oczy, jest to kosmetyk na bazie wody, co zapewnia o jego lekkości i łatwości stosowania. Serum przeznaczone jest do każdego typu cery a w szczególności polecane jest dla skóry z pierwszymi oznakami starzenia, której zależy na wygładzeniu. W składzie znajduje się wiele ciekawych składników, m. in. bogaty w polisacharydy ekstrakt z glediczji trójcierniowej, olej z rzeżuchy łąkowej ogranicza utratę wody i wspomaga wchłanianie składników aktywnych w głąb skóry, ekstrakt z maku polnego pobudza syntezę kolagenu i działa antyoksydacyjnie; olej z nasion słonecznika nawilża wygładza i tworzy na skórze powłokę ochronną. Dzięki swojej konsystencji, serum jest bardzo wydajne. Butelka wyposażona w szklaną pipetę ułatwia aplikację odpowiedniej ilości kosmetyku a już 2-3 krople wystarczą na skórę całej twarzy. Zapach serum jest bardzo delikatny i dość szybko się ulatnia.



    Intensywne Serum Liftingujące to kosmetyk bardzo przyjemny w użyciu. Szybko się wchłania, co w porannej rutynie jest niezwykle ważne. Nie pozostawia tłustego filmu więc podkład nieźle się trzyma i nie ślizga. Zaobserwowałam jednak, że po rozprowadzeniu i wyschnięciu może "sklejać" skórę. Nie wiem, czy mnie dobrze zrozumiecie :P Chodzi o to, że przez chwilę, krótki moment od wyschnięcia do całkowitego wchłonięcia, skóra jest odrobinę lepka. Problem znika, jeśli po aplikacji serum delikatnie oklepiemy skórę twarzy opuszkami palców. A umówmy się, delikatny masaż jeszcze nikomu nie zaszkodził ;) Producent zapewnia, że serum może być stosowane samodzielnie lub z innymi kosmetykami. Jednak tu zauważyłam, że nie do końca dogaduje się z kosmetykami o bardziej tłustych formułach, gdyż może się rolować.




    Po trzech tygodniach stosowania tego serum zauważyłam, że moja skóra twarzy jest dużo bardziej gładka i jednolita. Niewielkie przebarwienia zostały rozjaśnione a nierówności wygładzone. Zmarszczki? Moje całe 2,5 zmarszczki na czole niestety nie zniknęły :P aczkolwiek zauważyłam ich lekkie spłycenie. Uznaję to za sukces, i będę dalej stosować Serum Liftingujące obserwując efekty. Warto dodać, że serum nie podrażnia mojej skóry twarzy, nie zapycha mimo stosowania dwa razy dziennie ani nie powoduje wyprysków




Przesyłka niezmiennie zawierała kilka próbek a także miniaturowe olejki. Bardzo lubię takie dodatki, bo mogę wypróbować olej, zanim kupię jego pełnowymiarową wersję :) Tak jak olej z pestek jeżyn, nad którego zakupem się ostatnio zastanawiałam. 






Linki zawarte w tym wpisie są linkami afiliacyjnymi. Co to znaczy? To znaczy, że każde wasze kliknięcie zapisze się w moich ambasadorskich statystykach, co może w przyszłości przełożyć się na kody rabatowe i zniżki specjalnie dla Was ;) Jeśli zaś zdecydujecie się na zakup jakiegokolwiek kosmetyku za pośrednictwem mojego liku, do mojej skarbonki wpadnie kilka groszy. Oczywiście nic na siłę, ale będzie mi bardzo miło ;) Tak, jak mówiłam już na instastories, polecam kosmetyki Nature Queen nie tylko dlatego, że jestem ambasadorką marki. Od wielu lat stosuję i chwalę sobie kosmetyki marki, regularnie zaopatruję się w hydrolaty i próbuję nowości. I choć post powstał we współpracy z marką, to moja opinia jest jak zawsze w 100% obiektywna i rzetelna ;)



Jestem bardzo ciekawa, czy macie już jakieś doświadczenia z kosmetykami marki NATURE QUEEN. Chętnie poczytam Wasze opinie w komentarzach. Życzę Wam miłego tygodnia pełnego słońca <3 

piątek, 18 lutego 2022

NOWOŚCI KOSMETYCZNE - HEIMISH

NOWOŚCI KOSMETYCZNE - HEIMISH
Witajcie kochani!
    Czas zasuwa jak szalony, na pewno też to odczuwacie ;) Zaniedbuję ostatnio nieco bloga, bo staram się rozdzielać sprawiedliwie czas między pracę, dom, bloga, Instagrama i treningi. A że na poważnie wróciłam do aktywności fizycznej i siłownię odwiedzam 3-4 razy w tygodniu, to jednak ten czas jakoś gdzieś mi ucieka :P Do tego ostatni weekend spędziłam w kaszubskim lesie grzejąc tyłek w saunie i bani wodnej, sami rozumiecie... priorytety :D

    Ale nie marudzę! Czuję się świetnie, widzę pierwsze efekty treningów zarówno w kondycji jak i w mojej sylwetce. Czeka mnie jeszcze wiele pracy, żeby wrócić do mojej szczytowej formy z czasów instruktorskich, ale jestem bardzo zmotywowana i prę do przodu :D No i idzie wiosna! <3




W dzisiejszym wpisie chcę Wam przybliżyć nieco kosmetyki marki HEIMISH, które miałam okazję ostatnio testować. Jeśli jesteście ciekawi co to za marka, jakie kosmetyki wybrałam i jak się one u mnie sprawdziły, to zapraszam do dalszej lektury :)


HEIMISH


    Ta koreańska marka powstała w 2016 roku i skupia się głównie na produktach oczyszczających, pielęgnacji ale także makijażu. Marka stawia na naturalność - naturalne składniki i substancje aktywne bez sztucznych dodatków maja zapewnić naszej skórze maksimum dobroci. W składzie kosmetyków nie znajdziemy SLS-ów, parabenów, sztucznych aromatów czy barwników. Dzięki temu kosmetyki marki Heimish sprawdzą się także w pielęgnacji skóry wrażliwej.




ALL CLEAN WHITE CLAY FOAM


    Pianka do twarzy z białą glinką dzięki zawartym w niej składnikom ma działanie silnie oczyszczające, usuwa martwy naskórek i wszelkie zanieczyszczenia odblokowując pory. Biała glinka, oprócz wspomnianego już oczyszczenia, ujędrnia skórę i nadaje jej zdrowy wygląd, wchłania sebum i zwęża pory. W składzie pianki znajdziemy kilka różnych olejków, np. olejek ze skórki słodkiej pomarańczy, lawendowy, amyrisowy, pelargoniowy, grapefruitowy, mai chang, z drzewa herbacianego, eukaliptusowy, miętowy oraz bergamotkowy. Wszystkie razem mają poprawiać ogólny stan i wygląd skóry, regenerować ją, koić, hamować stany zapalne i przeciwdziałać procesom starzenia. Kwas hialuronowy w trzech różnych postaciach ma dogłębnie nawilżać skórę, olej kokosowy chronić i pielęgnować a wyciąg z irysa ma zmiękczać i tonizować. 




    Oprócz bardzo ciekawe kompozycji składników zawartej w piance All Clean od Heimish warto zwrócić uwagę na jej ciekawą konsystencję. Produkt zapakowany jest w matową tubkę na klasyczny "klik". Po wydobyciu produkt przypomina bardziej pastę niż piankę a staje się nią po dodaniu odrobiny wody i roztarciu w dłoniach. Pasta zmienia się wtedy w kremową piankę i jest gotowa do rozprowadzenia na twarzy. Dzięki tej konsystencji produkt jest niezwykle wydajny a pielęgnacja bardzo przyjemna.



All Clean White Clay Foam to produkt z tych, co się nigdy nie kończą xD stosujemy go już razem z P od dwóch miesięcy codziennie a on dosłownie nie chce się skończyć. Ale to dobrze, bo bardzo tę piankę lubię. Dokładnie i dogłębnie oczyszcza skórę nie powodując podrażnień. Nie wysusza i nie ściąga skóry, ale po umyciu skóra jest w dotyku dość specyficzna. Sama nie wiem jak to dokładnie opisać, ale skóra jest jakby śliska ale nie tłusta, nic na niej nie ma, bo jest MEGA oczyszczona. Miałam już kiedyś tę piankę w wersji Green i wrażenia były równie pozytywne. Skóra jest oczyszczona. Nie przetłuszcza się ale też nie jest przesuszona, pory są widocznie zwężone no i mniej zaskórników czy wyprysków. Polecam nawet wrażliwcom, działanie sprawdzone na delikatnej buziulce mojego P, którego łapska możecie zobaczyć poniżej :P




BULGARIAN ROSE MIST SERUM


    Serum w mgiełce to kolejny kosmetyk o interesującej formule i sposobie aplikacji. Ten niepozorny produkt na bazie wody różanej jest kosmetykiem wielofunkcyjnym i uniwersalnym. Mgiełka może być stosowana solo, pod krem, pod makijaż, na noc, na dzień a także jako odświeżenie w ciągu dnia. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom spokojnie zmieści się w torebce. Produkt przed użyciem należy dobrze wstrząsnąć, po czym rozpylić na twarz z odległości 15-20 cm. Woda różana, która jest bazą tego kosmetyku tonizuje, odświeża i nadaje skórze blasku. Niacynamid wygładza, ujędrnia, nawilża i reguluje pracę gruczołów łojowych. Wyciągi z kwiatów lotosu oraz owoców japońskiej moreli odżywiają, wyrównują koloryt i nawilżają skórę, kwas cytrynowy rozjaśnia a olejek ze skórki słodkiej pomarańczy działa przeciw starzeniowo. 




    Mgiełka ma bardzo lekką konsystencję, a zastosowany aplikator rozpyla naprawdę delikatną, przyjemną chmurkę, która okala twarz. Skóra niemal natychmiast nabiera blasku i jest odczuwalnie nawilżona. Dzięki swojej lekkiej formule sprawdza się w każdej roli. Jest świetnym uzupełnieniem kremu na noc i z powodzeniem może zastąpić serum olejowe na dzień. Jako baza pod makijaż nie pozwala na wysuszenie skóry jednocześnie przedłużając trwałość makijażu. Dobrze nawilża, nie szczypie ani nie powoduje podrażnień. Ładnie pachnie i dobrze się wchłania.




BULGARIAN ROSE SATIN CREAM


Satynowy krem z różą damasceńską to kosmetyk o podwójnym działaniu. Składniki w nim zawarte nawilżają skórę i redukują zmarszczki jednocześnie delikatnie złuszczają martwy naskórek wspomagając regenerację komórek. Jest to zasługa kwasów AHA (kw. laktobionowy) oraz PHA (kw. mlekowy). Kluczowym składnikiem kremu jest oczywiście woda różana. Oprócz niej w składzie znajdziemy niacynamid, masło shea, ekstrakt z zielonej herbaty, który nawilża i zmiękcza skórę, olejki ze skórki słodkiej pomarańczy oraz lawendy, wyciąg z żurawiny działający przeciwbakteryjnie jest bogatym źródłem witamin, kwas cytrynowy oraz wyciąg z kwiatów hibiskusa, który działając antyoksydacyjne zwalcza oznaki starzenia poprawiając elastyczność skóry. 






    Nie miałam jeszcze kremu w tak ładnym opakowaniu! Do tego tak spójnym z jego zawartością. Połyskujący słoiczek, błyszcząca róża na pudełku bezbłędnie oddają to, co znajdziemy wewnątrz - satynowy krem o zapachu róży. Nakrętka jest na taki specyficzny zatrzask i nie ma opcji, by się samo odkręciło. Dodatkowo krem zabezpieczony jest wewnętrznym wieczkiem. Konsystencja jest bardzo przyjemna, i choć krem wydaje się dość gęsty, bardzo lekko rozprowadza się na skórze. Dość mocny, różany aromat na pewno nie każdemu przypadnie do gustu, ale ja akurat jestem fanką różanych kosmetyków. Krem dobrze się wchłania i nieźle współpracuje z makijażem, podkład się nie ślizga ani nie roluje. Skóra jest nawilżona, wygładzona, lekko rozjaśniona i odżywiona. Krem nie zapycha porów, nie powoduje podrażnień czy wyprysków. Skóra po jego wchłonięciu jest miękka i przyjemna w dotyku. Przez zawartość miki krem pozostawia skórę lekko błyszczącą i promienną. Daje delikatny efekt glow, więc z pewnością nie jest to produkt dla miłośników matowego wykończenia. Co do zmarszczek to wiem na pewno, że nie pojawiły się żadne nowe :P Czy te, które już mam uległy spłyceniu? Trudno mi to ocenić. Na pewno nie zniknęły :P





    Wszystkie te kosmetyki oceniam na bardzo dobry z plusem. Spełniły większość moich oczekiwań i obietnic producenta, więc nie mam się do czego przyczepić. Opakowania są estetyczne i mają przyjemny dla oka design. Moja skóra jest w dobrej kondycji i jest gotowa na nadejście wiosny :D



Czy tak jak ja, lubicie koreańskie kosmetyki? Może mieliście już okazję stosować jakiś kosmetyk marki Heimish? Dajcie koniecznie znać! :)
Miłego weekendu! :*

Copyright © in progress , Blogger